Wywiad z Bronisławem Cieślakiem

Wywiad z Bronisławem Cieślakiem

Nie czytam kryminałów. Nie znam się na tym. Rozmowa z Bronisławem Cieślakiem

W aktorskiej karierze detektywa często spotykał Pan cenne, zaginione przedmioty?

Moja, jak Pani to nazywa, kariera jest dosyć długa. Tego, co robię obecnie, nakręciliśmy kilkaset odcinków, więc scenariusze są gęste. Bywało tak, że poszukiwaliśmy jakichś rarytasów cennych, ale nigdy nie były to nuty. Nie był to muzyczny utwór. Naturą ludzką jest niestety łamać jedno z Przykazań i kraść. Z reguły, skoro ktoś się decyduje kogoś okraść, stara się go pozbawić przedmiotów cennych. Praktycznie w większości kryminalnych przypadków chodzi o pieniądze.

Jaką kryminalną aferę wspomina Pan z największym sentymentem?

Nie mam sentymentu do afer kryminalnych. Nie wiem, czy rozmawiamy o nieco prehistorycznym serialu O7 zgłoś się, z tego, co wiem, wciąż lubianym, czy o epizodach detektywa Malanowskiego. Było tego tyle, że do każdej z historii mam jakiś sentyment, ale uczestnicząc w przedsięwzięciach nie kieruję się emocjami. Wykonuję swoją robotę aktorską, a pośrednio kryminalistyczną, czy detektywistyczną. Niech Pani jednak nie oczekuje od profesjonalisty, który zajmuje się tropieniem łobuzów, żeby darzył te historie sentymentem. Nie sądzę, żeby górnik idący rano na szychtę, miał sentyment do poszczególnych złóż czy warstw węgla, który kopie. To nie jest tego typu robota. Wiele tych spraw pamiętam, ale o sentymencie bym tu nie mówił.

Myślałam o rozwiązywanych przez Pana intrygach jako o fikcji – opowieściach, które można lubić mniej lub bardziej. Jak książki Agathy Christie...

Może Panią zaskoczę, ale w ogóle nie lubię kryminałów. Ja się na tym nie znam i na ogół tego nie czytam, chyba że uznamy, że Zbrodnia i kara Dostojewskiego jest kryminałem. Jeśli mówimy o kryminalnych historiach, które ludzie czytają w pociągu, to do tego nie zaglądam, nie nadążam. Moja żona na piątej stronie kryminalnej książeczki wie, kto zabił, a ja nic nie rozumiem, plątam te strony, nazwiska mi się mylą.... nie mam, prywatnie, umysłu do rozwiązywania szarad.

Rozumiem, że interesują Pana głębsze probemy, jak u Dostojewskiego...

Interesuje mnie dobra literatura. Kryminał w potocznym tego słowa rozumieniu, oznacza literaturę klasy B. Oczywiście bywają wyjątki. A w ogóle wiele zależy od tego, jak potraktujemy słowo „kryminał”. W Hamlecie, Makbecie Szekspira trup ściele się gęsto. W Otellu z zazdrości uduszona jest kobieta. Ale czy to są kryminały?

Czy zaginiona aria jest pierwszą arią w Pana karierze?

Nie mówmy o karierze. Nie jest to pierwsza aria w moim życiu, ponieważ moja ciotka była śpiewaczką krakowskiej opery. Mówimy oczywiście o latach dawno minionych. Z racji jej zawodu jako młody chłopak chodziłem do teatru sporo. Nasłuchałem się muzyki operowej i do dziś to lubię. Znam na pamięć cały Straszny Dwór, a w dużej mierze Madame Butterfly. Opera nie jest mi dziedziną obcą, odległą i nieznaną. Natomiast plątanie tego z moją działalnością kryminalną jest nieporozumieniem. Jako detektyw nigdy nie szukałem zaginionej arii.

Jakie miejsce w Pana życiu zajmuje muzyka?

Niesłychanie ważne. Ale proszę nie dopytywać jaka muzyka, bo odpowiem wyłącznie jednym słowem: dobra. Moje muzyczne gusta obejmują szerokie spektrum repertuaru: od klasycznego rocka, Elvisa Presleya do nowoczesnej muzyki poważnej włącznie. Wszystko, co jest po drodze na różnych etapach mojego życia także bardzo mnie interesowało. Na przykład, ponieważ studiowałem etnografię, troszkę się znam na muzyce ludowej albo, używając modniejszego słowa, na muzyce etno. Kiedy byłem młodym człowiekiem, w Polskę wdzierał się po 1956 r. jazz. W Krakowie były jam session. Chodziłem na te koncerty i mam przyjaciół w tego okresu. Tomek Stańko jest moim kolegą z dzieństwa, na przykład. Ciotka śpiewała w operze, Wiesiek Dymny w Piwnicy pod Barnami pisał dla swojej kapeli Szwagry teksty do piosenek przerabianych z angielskiego na polski... Ewa Demarczyk, Mietek Święcicki – to są moi dobrzy znajomi z młodości.

Muzyka to jest coś niesłychanie szerokiego i obejmującego swoim zakresem mnóstwo nurtów. Pytany przez dziennikarzy o gust muzyczny jestem w wielkim kłopocie, bo słucham odległych od siebie, bardzo różnych utworów.

Czy Speaking Concerts to podejrzana formuła koncertowa? Co Pan o niej myśli?

Myślę o tej formule bardzo dobrze. Myśląc inaczej, nie przyjąłbym zaproszenia do współpracy. Jako człowiekowi, który nie może się uważać za wybitnego znawcę muzyki, ale jest jej fanem, miłośnikiem, uważam, że jest to dziedzina tak ważna, że należy jej się rozpowszechnianie. Metoda na to rozpowszechnianie? – im sprytniej wymyślona, tym lepsza.

Są tacy, którzy uważają, że należy po prostu pędzić młodzież batem do filharmonii. Mnie w licealnych czasach tak właśnie pędzono. Raz na dwa tygodnie, czy raz na miesiąc klasy parami, obowiązkowo szły na takie koncerty. Ponieważ był to obowiązek, niektórzy mieli to w nosie.

Potem przez wiele lat pracowałem w telewizji i były dwie szkoły dotyczące tego, jak traktować repertuar poważny: w jednej twierdzono, że w telewizji należy nadawać dużo poważnej muzyki, a wtedy z konieczności ludzie się nią zainteresują. A inni, jak Bogusław Kaczyński, mówili: nie wystarczy nadawać, trzeba umieć to promować. Wymyślić jakąś metodę. No i wymyślił ją. Był z tego znany przez wiele, wiele lat.

Jestem za takimi chytrymi pomysłami, które spowodują większe zainteresowanie muzyką. Speaking Concert jest jednym z nich. I chwała pomysłodawcy!

Powrót do góry