Rozmowa z Klaudyną Żołnierek

Rozmowa z Klaudyną Żołnierek

Speakingowcy!

Jeśli nie trafiliście na koncert i nie mieliście okazji przeczytać wywiadu z lutnistką Klaudyną Żołnierek - wychodzimy naprzeciw Waszej ciekawości;) Poniżej rozmowa o muzycznej drodze artystki, niezwykłym instrumencie - teorbie i tajemniczych tabulaturach...

Tak to jest, że chce się wszystkiego spróbować. Rozmowa z lutnistką Klaudyną Żołnierek

Pani muzyczne horyzonty są bardzo rozległe: gitara, instrumenty historyczne, gra solo, kameralistyka… Co w Pani zainteresowaniach było pierwsze? Jak zaczęła się ta muzyczna droga?

Na początku była nauka gry na gitarze w szkole muzycznej. Nie wiem teraz, na ile świadomie wybrałam ten instrument. To od gitary jednak wszystko się zaczęło. W całym zróżnicowanym repertuarze, który wykonywałam, kontynuując edukację, właśnie utwory dawne, a zwłaszcza barokowe, najbardziej do mnie przemawiały. W pewnym momencie na uczelni, na której studiowałam,
w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, pojawiła się możliwość nauki gry na lutni u profesora Antona Biruli. Skorzystałam z tej szansy i zaczęłam od lutni barokowej. Jakiś czas później pojawiła się teorba – instrument, na którym można wykonywać nie tylko repertuar solowy, ale także wygodnie realizować partię basso continuo. Polega to na graniu zapisanej linii basu przy jednoczesnym wypełnianiu harmonii, zwykle na podstawie cyfr, które kompozytorzy mniej lub bardziej dokładnie notowali w nutach. Istnieje tu duża dowolność w sposobie realizacji, więc jest sporo miejsca na improwizację. Basso continuo jest podstawą barokowej muzyki kameralnej i  orkiestrowej, a zatem umiejętność jego wykonywania poszerza repertuar lutnisty w ogromnym stopniu. Podczas studiów uczyłam się także gry na innych historycznych instrumentach, jak lutnia renesansowa czy gitara barokowa. Wszystkie te instrumenty są ze sobą spokrewnione, jednak każdy z nich ma swój własny język muzyczny i otwiera przede mną nowe możliwości. Rozległe horyzonty? Tak to czasami jest, że chce się wszystkiego spróbować.

W Pani instrumentarium najbardziej niespotykana wydaje się teorba. Co to za instrument?

Teorba zwykle budzi największe zainteresowanie ze względu na specyficzny kształt i wielkość. Jej wygląd ma uzasadnienie w potrzebach muzycznych. Teorba wywodzi się od lutni renesansowej, którą wzbogacono o rozbudowany rejestr basowy. Bardzo długa szyjka tego instrumentu umożliwia utrzymanie odpowiedniego naciągu dla stosunkowo grubych strun basowych. Taka ewolucja lutni związana była z narodzinami praktyki basso continuo we wczesnym baroku.

Teorba ma piękne brzmienie – bardzo delikatne. Ma też ciekawy strój, bo przez to, że menzura jest dużo większa niż w poprzednich lutniach renesansowych, dwie pierwsze struny strojone są o oktawę niżej, inaczej nie wytrzymałyby tak dużego naciągu. W tym układzie trzecia struna jest najwyżej brzmiącą. Dzięki temu arpeggio wykonywane na teorbie brzmi zupełnie inaczej niż
na lutni.

Czyli nie sposób pomylić lutni z teorbą?

Byłoby trudno. Różnią się budową i strojem. Ale brzmieniowo są pokrewne. Teorba jest odmianą lutni, więc nazwanie jej lutnią nie jest też dużą pomyłką.

Czym różni się notacja muzyczna, z którą styka się Pani na co dzień, od zapisu realizowanego przez innych instrumentalistów?

Korzystam ze specyficznej notacji tabulaturowej, która, jeśli chodzi o zasadę, właściwie ma wiele wspólnego ze współczesną tabulaturą gitarową. Zapis wskazuje miejsca, gdzie i kiedy trzeba przycisnąć strunę na progu – nie informuje jednak o wielu aspektach wyrazowych wykonania, wiele zależy tu od interpretacji.
To wskazówki bardziej techniczne niż muzyczne. Trzeba nauczyć się czytać tabulatury – są ich różne rodzaje: włoska, francuska albo, bardzo skomplikowana, niemiecka. Choć mają tę samą metodę zapisu, nieco od siebie odbiegają – w inny sposób przedstawiają kolejność strun, posługują się zapisem cyfrowym lub literowym. Oczywiście lutniści czytają też z nut, choćby realizując bas cyfrowany.

Czyta Pani też z manuskryptów?

Wykonując muzykę dawną, często mam kontakt z manuskryptami, dlatego, że niewiele jest utworów profesjonalnie opracowanych
i przepisanych. Nie korzystam z rękopisów, ale mam do czynienia z ich kopiami. W dzisiejszych czasach dostęp do manuskryptów jest bardzo prosty. Większość bibliotek na świecie publikuje swoje zbiory w Internecie i można zajrzeć do oryginalnej wersji dzieła bez wychodzenia z domu. Dla muzyków takie materiały źródłowe są bardzo cenne. Możemy tam znaleźć odpowiedzi na wiele nurtujących nas pytań.

Czy muzyka, którą Pani wykonuje, jest ściślej związana
z nauką niż współczesna?

To ciekawe pytanie. Nawiązując do utworu, który zagram w Poznaniu (V. Gallilei Fantasia – przyp. red.), odpowiedziałabym, że tak. Vincenzo Galilei był kompozytorem i teoretykiem. Napisał dzieła ważne nie tylko dla lutnistów, ale i dla rozwoju muzyki jako takiej. Nie bez znaczenia jest też fakt, że był ojcem Galileusza. Musiał cenić naukę. Można tę jego badawczą wnikliwość dostrzec w misternie skomponowanej Fantazji, którą wykonuję.

I pytanie-klucz – jaki wzór pozwala napisać dobry utwór?

Myślę, że warto pozostawić tę kwestię do rozstrzygnięcia maestro Marcinowi Sompolińskiemu podczas koncertu, na który serdecznie Państwa zapraszam.

 

 

 

Powrót do góry